JAK ŻYĆ W SPRZEDANYM MIESZKANIU?

 

Musiało być dawno, a może nawet dawniej… i myśmy tu już byli. Nie – przyjechali, nie wpakowali się, tylko po prostu byli.

Co prawda badacze prehistoryczności chrzanią, że wcześniej istniało wędrowanie ludów, cóż, wolno im, mnie znacznie łatwiej myśleć, że czegoś takiego nie było, w przeciwnym razie  rozum może się poplątać od tych archaicznych masowych relokacji.

Nasza kamienica była od zawsze imponująca, ale ciasna.

Kiedy jest ciasno, wiadomo, ludziska wzajem następują sobie na odciski, co nawet miewa  dobre skutki, bo buty trzeba często zdejmować, a przy okazji można nogę ochędożyć albo nawet umyć i cywilizacja rośnie.

Na początku był przydział, czyli kwaterunek. – Jednym się dostał pokój z kuchnią i balkonem, innym trzy pokoje bez okien, jeszcze innym sama kuchnia z wygódką, a nam się został korytarz, i to całkiem przechodni.

Nie było to dobre miejsce do życia.

My przeszkadzaliśmy innym, ale mniej, natomiast sąsiedzi wciąż przez nasze mieszkanie łazili i jeździli, zatem utrudnienie bywało ogromne, bo ani gaci swobodnie zdjąć, ani pieniędzy zarobionych porządnie schować, ani da się miłość uprawiać w takim miejscu bez stresu. Cóż, na szczęście człowiek przywyka, my tudzież – zawiesiliśmy zasłony, ustawili solidne parawany i jakoś szło. – Aż nas z korytarza wyrzucili!

Kto wyrzucił? – Paskudna – nomen omen – historia.

W tej kamienicy od zarania był chlew i bandytyzm, że skaranie Boskie. Bili, gzili się, pili, gwałcili, grabili, napadali i inne! Nas – na miarę potrzeb – my – w miarę możliwości.

Mieszkalny korytarz biegł – jak to korytarze – z jednej strony na drugą i z powrotem, tak jest ze wszystkimi korytarzami, chodnikami, ścieżkami, klatkami schodowymi i innymi ciągami komunikacyjnymi. Tylko że – uwaga! – nie to samo biegać po ciągu, ba, nawet jeździć na rowerze, co  żyć tam, rozmnażać się i spać. Zawalidroga zawsze zawadza! Więc się sąsiedzi zmówili i nas wyrzucili. – Świat tylko pozornie jest pogmatwany.

Po eksmisji przyszło na nas otrzeźwienie. – Co innego posiadać buty niemodne, niewygodne, nawet dziurawe, a co innego nie mieć butów wcale, boli przy każdym kroku. – Bolało! Wtedy w końcu jeden z drugim się dogadał  i wielu zaczęło na serio walczyć o nasze wspólne mieszkanie.

W rodzinie mamy talent do bitki, kiedy się już musi, mimo to na bójkach zeszło wiele – i czasu, i funduszy – w końcu  Pan Bóg dopomógł, sami sobie też, sąsiedzi się śmiertelnie poharatali, włączył wujek z Antypodów, z wielkim kijem bejsbolowym, i po bijatyce nakazał zwrot mieszkania. Czyli wszystko poszło jak bajka, ale tylko po części, bo kiedy wujek wyjechał, napadli na nas Marsjanie.

Podobni nawet byli do ludzi, ale dużo, dużo gorsi, jedni czarni, drudzy  czerwoni, ale ścierwa, jeden z drugim – po prostu seryjni mordercy. Zrujnowali nasze odzyskane mieszkanie najzupełniej!

Czas płynął, płynął – ale nie chciał upłynąć.

Na szczęście dzieje kochają suspensy.

Znienacka czerwoni odlecieli na Marsa, czarne marsjaństwo się chwilowo ustatkowało, wtedy my nasz korytarz odrestaurowaliśmy, nowe meble kupiliśmy i – cicho sza – siedzimy jak mysz pod miotłą- ale niepokój ssie  – co będzie?!

Czerwoni z Marsa wpuścili nam do mieszkania zakażone potomstwo, takie różowe gnidki, które kiedy dorosło i wyrosło, to się do ludzi całkiem upodobniło. I teraz te wyrośnięte gnidy: „Sprzedać mieszkanie, sprzedać!” wołają.

Jak żyć w sprzedanym mieszkaniu, żeby przeżyć?!

Kiedy byłem maluśki, wtedy prosty lud śpiewał: „Truman, Truman, puść ta bomba, bo tu żyć już niepodobna”. – Truman to był prezydent USA, a bomba wodorowa…

Coś w tym  jest. – Wszelako najpierw potrzebna  w mieszkaniu dezynsekcja.